- Więc jednak przybyłeś okazać mi swoje uwielbienie?! Jakże się cieszę! A ta piękna róża jest z pewnością dla

Coś było nie tak z jej głosem, mimo że w końcu się odezwała. Poczuł ledwie wyczuwalny
Rozdział 24
– Dziękuję za pomoc – mówi. Taka uprzejma i dobrze wychowana.
Póki łódź płynie, ma czas.
– Nie, jeśli będę miał cokolwiek do powiedzenia, ale uznałem, że sam cię o tym
– Proszę pana? – odezwał się niski głos.
– Kto mówi?
innych czasach, w innym miejscu...
przerażonej kobiety za kratą.
Wyjmuję oliwkę z kieliszka, wysysam nadzienie, rozkoszuję się smakiem i zapachem
– A ja myślałam, że grasz w otwarte karty – poinformowała swoje odbicie. – Czy mi się
fryzjera i na manikiur. Widziałam ją tylko kilka razy, kiedy mama miała mnie gdzieś
Zwrócił samochód i zataszczył bagaż do terminalu, by kupić bilet. Wszędzie kłębiły się
wyczuwało się tylko lekkie kołysanie. A potem usłyszała cichy chlupot fal obijających się o

inaczej. Stanie w miejscu nie musi oznaczać, że się jest czymkolwiek ograniczonym...

– Złe wieści?
nasza sprawa, a ty jesteś zaangażowany osobiście.
Idiota. Przestań. Zapomnij o niej. Dogoń ją i raz na zawsze wyrzuć Jennifer z myśli. To

Jedziesz.

I on, i książę wydawali się kompletnie nie na miejscu w australijskim buszu, ale książę przynajmniej wyglądał interesująco. I to bardzo.
- Nie zostanę tu ani dnia dłużej - oznajmiła stanowczo. - Nie mogę.
Wyszedł z Henrym na dwór, starał się jednak trzymać jak najdalej od zagajnika. Spacerował z malcem na rękach nad jeziorem i ku swemu własnemu zdziwieniu mówił do niego tak, jakby niemowlę mogło go zrozumieć:

Położyła dłoń na płaskim brzuchu, weszła do sklepu i pod wpływem impulsu kupiła

Chwilowe porozumienie, osiągnięte dzięki misiowi, po¬szło w niepamięć.
było mu w smak użeranie się z Sayre. Beck ze swej strony cieszył się z nieoczekiwanego spotkania. Hoyle Enterprises zatrudniało niemal sześciuset pracowników, lecz zaledwie kilkadziesiąt kobiet. Pracowały w przylegających do fabryki budynkach administracyjnych. Wyłączając sekretarkę Huffa, Sally, hala produkcyjna była domeną mężczyzn. Przychodząc do pracy, robotnicy odbijali karty w miejscu, które nazywali Centralą. Był to szpetny pokój o rozmiarach auli, z betonową podłogą i sufitem pokrytym siecią przewodów wentylacyjnych, okablowania i rur dostarczających wodę. Połowę całego pomieszczenia zajmowały rzędy zielonych metalowych, zamkniętych na kłódki szafek. Robotnicy trzymali w nich swoje kaski, okulary ochronne, rękawice, pudełka z drugim śniadaniem i rzeczy osobiste. Znaki umieszczone na ścianach ostrzegały, że Hoyle Enterprises nie ponosi odpowiedzialności za kradzież albo utratę własności pracowników. Były to nader częste przypadki, zwłaszcza że firma zatrudniała przestępców lub skazańców na zwolnieniu warunkowym, pragnących znaleźć zajęcie, które zadowoliłoby ich kuratorów. Za rzędami szafek znajdowały się łazienki, z wyposażeniem, które pamiętało początki tej fabryki i takoż wyglądało. W pozostałej części sali, stanowiącej coś w rodzaju stołówki, stały rozmaite stoły i krzesła z chromowanymi nogami. Pod jedną ze ścian ustawiono automaty do sprzedaży napojów, jedzenia i papierosów oraz mikrofalówki upstrzone zastarzałymi okruchami z dziesięciu tysięcy odgrzewanych posiłków. Za przenośnymi ściankami działowymi znajdował się punkt pierwszej pomocy. Nie było tam żadnego personelu medycznego, tak więc człowiek, który uległ wypadkowi, musiał sam się opatrzyć, mając do dyspozycji limitowany zestaw bandaży i leków. To właśnie w Centrali utrudzeni robotnicy odpoczywali, wymieniając się żartami, rozmawiając o sporcie i kobietach. W tej chwili około pięćdziesięciu ludzi miało tam poranną przerwę. Niewielu z nich znalazło się kiedykolwiek przedtem w pobliżu kobiety pokroju Sayre Lynch i nawet nagłe pojawienie się jednorożca nie wprawiłoby ich w większe zdumienie niż jej widok. Gdy Beck wkroczył do pomieszczenia, Sayre próbowała właśnie nawiązać rozmowę z pięcioosobową grupką pracowników siedzących przy jednym ze stołów, najwyraźniej z niewielkim sukcesem. Pomimo że miała na sobie dżinsy i zwykly bawełniany podkoszulek, zupełnie nie pasowała do otoczenia. Mężczyźni siedzieli z pochylonymi głowami i odpowiadali na jej pytania monosylabami rzucając od czasu do czasu ukradkowe spojrzenia to na nią, to na kolegów. Wyraźnie byli bardzo zaskoczeni obecnością Sayre w Centrali i jeszcze bardziej nieufni wobec jej nagłej chęci do rozmowy. Beck podszedł bliżej, zmuszając się do serdecznego uśmiechu. - Cóż za niespodziewana przyjemność - powiedział na użytek słuchaczy. Jej uśmiech był równie fałszywy jak jego. - Cieszę się, że pan tu jest, panie Merchant. Może wytłumaczy pan temu dżentelmenowi, że potrzebuję kasku do zwiedzania odlewni. Dżentelmenem był strażnik, który pilnował wejścia dla pracowników. Stał w pewnej odległości, jakby bojąc się podejść do Sayre. Teraz zbliżył się pospiesznie. Twarz miał pokrytą nerwowym potem. - Panie Merchant, nie wiedziałem, czy powinienem... - zaczął. - Dziękuję. Zachowałeś się zgodnie z przepisami. Zaopiekuję się panią Lynch. - Beck chwycił Sayre pod łokieć tak, że nie mogła się opierać i skierował ją w stronę wyjścia. - Proszę za mną,
- Kto się nim zajmuje? - rzuciła Tammy, nie racząc na¬wet spojrzeć na księcia.